W Mazowieckim Teatrze Muzycznym im. Jana Kiepury w Warszawie
w tym sezonie grają i tańczą charlstona. A to oznacza, że po prawie całym stuleciu
wraca na deski polskiej sceny Księżna Chicago – operetka Emmericha
Kalmana.
On i ona z dwóch różnych światów. To już dobry początek dla
romantycznej historii, których tak wiele przecież znamy. Czym więc ta różni się
od całej reszty? Tutaj kobieta ma więcej do powiedzenia niż zazwyczaj. Jest tą
bogatszą, bardziej wpływową, ludzie bardziej się z nią liczą. Księżna
Chicago przenosi nas pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Po jednej
stronie mamy Sandora Borisa, następcę tronu Sylwarii, powoli upadającego
królestwa. Jest tradycjonalistą, który na parkiet wejdzie tylko po to, aby
zatańczyć walca czy czardasza. Po drugiej bogatą, rozpuszczoną pieniędzmi
tatusia bizneswoman z Ameryki przekonaną o tym, że może kupić wszystko,
zakochana w charlstonie i jazzie. Lady Mary Lloyd przyjeżdża do Europy razem ze
swoim sekretarzem w ramach zakładu ze swoimi bogatymi koleżankami. Ta która
kupi coś najbardziej wartościowego i najtrudniejszego do zdobycia wygrywa
milion dolarów. Pałac Sylwarii, kopalnie ropy, a nawet sam książę wydają się
idealnym celem do wygrania zakładu. Gdy wszystko idzie zgodnie z planem, to do
głosu dochodzą uczucia. Bo Mary Lloyd zakochuje się w księciu i to od
pierwszego wejrzenia. I wtedy wygranie zakładu schodzi na drugi plan,
najważniejsze jest to, żeby zostać z nim, żeby dalej tańczyć walca. Jednakże książę
Boris dowiaduje się, że był przedmiotem zakładu. Informuje o tym Mary w
najbardziej rozdzierający sposób upokarzając ją na przyjęciu. Gdy ona spodziewa
się, że książę się jej oświadczy, on wybiera inną kobietę, przyrzeczoną mu od
czasów niemowlęcych księżniczkę Rosemary. Kuzynkę z królestwa Morenii ukrywaną
przed światem ze względu na swoją wadę wymowy, zakochaną ze wzajemnością w
sekretarzu Mary Lloyd – panu Jamesie Bondym.

Cały spektakl jest wspaniale przedstawiony wizualnie. Już od
samego wejścia czaruje widza scenografia autorstwa Luigiego Scoglio.
Optycznie powiększa małą scenę Mazowieckiego Teatru Muzycznego i pozwala na to,
aby akcja rozgrywała się wielopoziomowo. Cudowne kreacje Mary Lloyd, eleganckie
mundury księcia Borisa wymyślone przez Małgorzatę Słoniowską przenoszą
widza w lata dwudzieste. Wizualnej całości dopełniają fantastyczne, bardzo
realistyczne projekcje wykonane przez Karolinę Jacewicz. Widza
rozpieszcza także różnorodna muzyka skomponowana przez Emmericha Kalmana. Skoczne
czardasze, wesołe charlstony czy romantyczne walce, bo kiedy kochankowie mają
patrzeć sobie w oczy jak nie podczas walca, a nawet widz dostaje też odrobinę
stepowania. I jesteśmy świadkami nie tylko kontrastu między skrajnymi
charakterami głównych postaci, ale również muzyki, która ich zachwyca. Jazzband
przeplata się z cygańską trupą, skrzypce walczą o uznanie z trąbką.
 |
| fot. K.Bieliński |
Księżna Chicago w reżyserii Michała Znanieckiego jest
spektaklem, który prezentuje całą gamę emocji. Jest miejsce na humor,
improwizacje czy sceny rozdzierające serce. Prezentowane są też ciekawe
rozwiązania jak przecinanie „zwykłych” scen ze scenami kręcenia filmu, czy piękna
klamra kompozycyjna na początku i końcu spektaklu. Wątki komediowe, a także
wprowadzenie do całej historii, zostały powierzone głównie w ręce kelnerów (w
tych rolach Paweł Strymiński i Patryk Ołdziejewski), którzy radzą
sobie z tym zadaniem doskonale.
Na drugim planie dostajemy kolejny wątek miłości. Księżniczka
Rosemary (grana przez Zuzannę Caban) przyrzeczona księciu Borisowi od
czasów niemowlęcych. Przedstawiona jest jako nieśmiała, wycofana, zlękniona
dziewczyna z wadą wymowy, przez którą została „schowana” przed światem. Oraz James
Bondy (Michał Janicki) sekretarz i w marzeniach jego ojca również
przyszły mąż Mary Lloyd. Oddany swojej pracy, wesoły chłopak. Oboje żyją z
ciężarem wzięcia ślubu z osobą narzuconą im przez rodzinę w celach utrzymania
tradycji czy z powodów biznesowych. Odżywają w momencie, gdy się poznają, gdy w
końcu mogą zrobić coś dla siebie i ze swojej inicjatywy co jest pięknie
pokazane przez oboje aktorów.
 |
| fot. K.Bieliński |
Najjaśniej w spektaklu jednak błyszczy główna para. Lady
Mary Lloyd w wykonaniu Anny Lasoty jest praktycznie dwujęzyczna. Nie
tylko przez cały spektakl utrzymuje amerykański akcent, ale również mówi oraz
śpiewa łącząc język polski z angielskim. Jej Mary ma cechy jakie kojarzone są zazwyczaj
z ludźmi zza oceanu. Jest otwarta, spontaniczna, ekspresyjna, pewna siebie czy
nowoczesna. Ale też odrobinę egoistyczna, przekonana, że za pieniądze może
kupić wszystko, a cena nie ma znaczenia. Świetnie przechodzi z tańca w taniec.
Czy to walc czy charlstone czy stepowanie. Wciska emocjami w fotel (smutek, żal
i rozczarowanie ze sceny domniemanych zaręczyn czuć w każdej komórce ciała),
bawi i improwizuje, a co bardziej dociekliwy widz może zauważyć pięknego easter
egga.
 |
| fot. K.Bieliński |
Totalnym przeciwieństwem jest książę Sandor Boris, w którego
wciela się Arnold Rutkowski. Jest on raczej sztywny, bardziej poważny, bezwzględny,
zamknięty w sobie, a może i nawet zimny. Nie chcący dopuścić do tego, aby
tradycje, w których się wychował zmieniły się w jakikolwiek sposób. Nawet jakby
miało na tym ucierpieć jego szczęście. Oboje aktorów doskonale uchwyciło zmianę
jaka zachodzi w bohaterach pod wpływam uczucia. Jak miękną im serca i są w
stanie odejść od swoich przyzwyczajeń i... nauczyć się tańca, który uwielbia partner.
 |
| fot. K.Bieliński |
Nie będę ukrywać, że do przyjścia na ten spektakl zachęciła
mnie obsada. Wyszłam jednak z niego oczarowana warstwą wizualną i samą
historią. Bo to nie jest tylko opowieść o miłości. To historia o tym, że
pieniądze szczęścia nie dają, że nie da się za nie kupić wszystkiego, że nie ma
takiej ceny, za którą można by kupić drugiego człowieka, w szczególności
takiego, na którym bardzo nam zależy. Że czasami pieniądze, zakłady i wszystkie
inne początkowe założenia schodzą na drugi plan, jeżeli w grę wchodzą uczucia. I
jak to pada w spektaklu – publiczność potrzebuje happy endu. I ja po taki happy
end będę wracać.
Komentarze
Prześlij komentarz