Opowieść o przebudzeniu, czyli Rewolta w Teatrze Muzycznym w Poznaniu

 


Teatr Muzyczny w Poznaniu w swojej najnowszej premierze przenosi widza do czasów kiedy powstał. Ale również do okresu pełnego napięcia i niezadowolenia sytuacją ekonomiczną robotników, która przerodziły się w pierwszy strajk generalny w czasach PRLu, czyli do czasów poznańskiego czerwca 1956 roku.

Rewolta w reżyserii Jerzego Jana Połońskiego to wbijająca w fotel historia dwóch braci, którzy w wyniku wojny znaleźli się po dwóch stronach barykady. Franek, który przed wojną był nauczycielem, teraz ze względu na swoje poglądy nie może znaleźć pracy w zawodzie i znajduje zatrudnienie w fabryce jako najniższy szczeblem pracownik. Przez co na własnej skórze doświadcza ucisku władzy – głodowe pensje, wygórowane normy czy przymusowe, bezpłatne nadgodziny. Po drugiej stronie mamy Mietka, młodszego brata Franka. W momencie kiedy wybuchła wojna był jeszcze uczniem. Do Poznania wraca z obozu jenieckiego z marzeniem wybudowania świata na nowo, dlatego zapisuje się do partii, co sprawia, że dość szybko zasiada na wysokim stołku. Historię dopełniają postacie Moniki – dziennikarki z zagranicznych mediów, która stara się opowiedzieć co tak się naprawdę dzieje oraz Śmierć – demoniczna postać przemieszczająca się pomiędzy naszymi bohaterami zwiastując to co się wydarzy.

fot. D.Stube

W Rewolcie dostajemy ciekawie prowadzoną narrację. Całą historię opowiadają szczuny, czyli z gwary poznańskiej po prostu młode chłopaki, które zwracają się bezpośrednio do widza. I jak na poznaniaków przystało często posługują się gwarą, chociaż w niektórych miejscach wydaje się to trochę wymuszone. To oni sterują akcją i czasem, przenoszą wydarzenia z miejsca na miejsce i tłumaczą co się dzieje. To oni także jako robotnicy są bezpośrednimi uczestnikami przedstawianych wydarzeń i to z ich perspektywy opowiadana jest cała historia.

Czy muzyka zespołu Maanam, napisana w latach 80-tych i 90- tych może opowiadać o wydarzeniach, które miały miejsce prawie trzy dekady wcześniej? Okazuje się, że jak najbardziej. Naszpikowane symbolami teksty ma się wrażenie, że pasują jak ulał do lat 50-tych i trafnie opisują panującą wtedy atmosferę. Przepięknie zaaranżowane utwory poruszają także dzisiaj i zostają w głowie na długo. Żeby tylko wspomnieć przepiękne Kocham Cię kochanie moje, które od razu skradło moje serce czy robiący piorunujące wrażenie finałowy Krakowski spleen. Pozostaje mieć nadzieję, że powstanie kiedyś płyta z tego spektaklu. Do wspaniałej muzyki dostajemy zjawiskową choreografię autorstwa Barbary Olech, która w równym stopniu jak teksty Maanamu wypełniona jest symbolami, a w dodatku pozwala wykazać się tancerzom. Bo w jakim jeszcze spektaklu dostajemy fragmenty breakdance’u?

Spektakl jest też bardzo spójny wizualnie. A to za sprawą tria: Mirek Kaczmarek (scenografia), Anna Chadaj (kostiumy) i Karolina Jacewicz (projekcje). Wszechobecna szarość i porozrzucane wszędzie części starych samochodów doskonale odwzorowuje biedę jaka miała miejsce w latach 50-tych. W tych samych barwach mamy także postacie, które znajdują się na samym dole łańcucha pokarmowego, czyli robotników. Kostiumami, ale również doskonałą charakteryzacją wyróżniają się Śmierć oraz Duchy, ale to są postacie nie do końca z tego materialnego świata.

fot. D.Stube

Franek (Mariusz Ostrowski) i Mietek (Michał Kocurek) przedstawieni są na ciekawym kontraście i to nie tylko poglądowym. Franek jest wygadany, trochę w gorącej wodzie kąpany, człowiek czynu, troszczy się o wszystkich dookoła. Mietek jest stoicko wręcz spokojny, co jest niekiedy przerażające. Nie docieka, jego racja jest ważniejsza, zrobi wszystko co góra każe mu zrobić. Obaj panowie doskonale to pokazują. A moment znalezienia martwego dziecka przez Mietka jest jedną z najbardziej poruszających scen w spektaklu.

Pewna siebie, dociekliwa i odważna. Taka jest Monika w kreacji Katarzyny Tapek. Dziennikarka zagranicznych mediów, która po kryjomu starta się dowiedzieć jak naprawdę się żyje w Poznaniu. Jest zachwycająca nie tylko aktorsko ale też wokalnie. Najbardziej hipnotyzującą i tajemniczą postacią jest Śmierć. Sunie pomiędzy postaciami nie wypowiadając w zasadzie ani jednego słowa. W DNA tej roli wpisana jest wokalna brawura. Jeżeli ktoś kiedyś próbował śpiewać, albo nawet słyszał tylko piosenkę Oddech szczura to wie z jaką prędkością wyśpiewywane są słowa. Dostajemy popis niesamowitej dykcji w połączeniu z tańcem, każde słowo jest wyraźnie słyszane. Jest to zjawiskowa kreacja w wykonaniu Anny Lasoty.

fot. D.Stube

Historia poznańskiego czerwca uderza we mnie może trochę bardziej z racji, że jestem rodowitą Poznanianką. Chodziłam tymi ulicami, mogę usłyszeć relację z tych wydarzeń z pierwszej ręki. Ale ten spektakl wbija w fotel także dlatego, że jest świetnie zrealizowany. Stopniowo buduje napięcie, odwzorowuje panujące wówczas niezadowolenie i rosnące zdenerwowanie, jest fantastycznie zaśpiewany, fenomenalnie zatańczony i genialnie zagrany. Nie dostaniemy happy endu, do którego jesteśmy w pewien sposób przyzwyczajeni, bo takie historie rzadko kończą się szczęśliwie. Poznański czerwiec został krwawo stłumiony, a wiele ofiar było jeszcze dziećmi. Ale był to pierwszy kamyczek wrzucony do ogródka demokracja. Był to pierwszy strajk generalny w PRLu i w jakimś stopniu ośmielił do kolejnych. Dziękuję Teatrowi Muzycznemu w Poznaniu za pokazanie tej historii, bo o takich wydarzeniach trzeba mówić. Ku przestrodze, oby się nigdy nie powtórzyło.


Komentarze