Perełki 2025 roku, czyli kulturalne podsumowanie roku 2025

 


    Są takie przedstawienia, które zachwycają od pierwszego zobaczenia. Są takie historie, w których można się zakochać przy pierwszej możliwości ich obejrzenia. Są takie spektakle, po których zakończeniu cieszysz się, że masz już kupiony bilet, aby zobaczyć je po raz kolejny lub jak najszybciej planujesz taki bilet nabyć. Są takie role, które kupuje się od razu i po których zbiera się roztrzaskaną szczękę z podłogi. Są takie perełki, o których pamięta się na długo po wyjściu z teatru.

    I właśnie takie perełki chciałam docenić. To jest moje subiektywne zestawienie perełek 2025 roku. Zestawienie złożone jest ze spektakli, które widziałam po raz pierwszy w tym roku, niekoniecznie takie, które miały w tym roku premierę oraz z artystów, których miałam przyjemność zobaczyć po raz pierwszy w danej roli w roku 2025. Zestawienie jest uporządkowane alfabetycznie.

Avenue Q – Teatr Muzyczny w Poznaniu

fot. archiwum prywatne
Spektakl, który w 2025 roku widziałam największą ilość razy (6!!!). Ale także spektakl, którego się chyba najbardziej obawiałam, że nie trafi w moje gusta, bo co tu dużo mówić treść i humor są dosyć specyficzne. Nic bardziej mylnego, świetnie się bawiłam i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Poznański zespół doskonale odnalazł się w bardziej komediowym spektaklu niż zwykle. Każdy tutaj błyszczy innym blaskiem. Czy to skupiając się na detalach jak odpowiedni ruch, ton głosu, akcent, mimika czy sztuka improwizacji.


Beetlejuice – Teatr Syrena

fot. archiwum prywatne

Obawiałam się trochę, że przez to, że znam dosyć dobrze soundtrack brodwayowskiej wersji spektaklu to mam zbyt wygórowane oczekiwania. Nic bardziej mylnego. Doskonale się bawiłam na Beetlejuice w Teatrze Syrena. Dostajemy wspaniałą scenografię oddającą klimat znany z filmu, genialną charakteryzację bohaterów należących do zaświatów, a piosenki są tak zaśpiewane, że nawet przez moment nie pomyślałam o znanej mi wcześniej wersji. Dodatkowo mamy całą grupę wspaniale zagranych, wyrazistych postaci. Wspaniały jest to spektakl.


Marta Burdynowicz – Jesus Christ Superstar

fot. Teatr Muzyczny w Toruniu
Wejście smoka, które rzuca widza na kolana i to w roli napisanej oryginalnie dla mężczyzny. Jedna, jedyna scena, w której Herod się pojawia, jeden moment, w którym może się pokazać wykorzystany w stu procentach. Marta Burdynowicz charyzmą sceniczną i siłą głosu sprawia, że jej występ pamięta się jeszcze na długo po zakończeniu spektaklu.


Jednego serca – Teatr Muzyczny Roma

fot. archiwum prywatne
Według mnie w muzyce najpiękniejszą rzeczą jest harmonia. Jak dwa, trzy czy więcej głosów doskonale brzmi ze sobą. W przypadku spektaklu Jednego serca to jak łączą się głosy aż ośmiu wspaniałych artystów jest niesamowite. Dostajemy nowe aranżacje piosenek ikony polskiej muzyki, jaką jest Czesław Niemen, wykonywane w perfekcyjnej harmonii na osiem głosów. W dodatku wykonując fantastyczną, wymierzoną co do centymetra (w pierwszym rzędzie można się o tym przekonać) choreografię autorstwa Barbary Olech. Te wykonania potrafią dotknąć duszy, dlatego chce się na nie wracać.


Jesus Christ Superstar – Teatr Muzyczny w Toruniu

fot. archiwum prywatne
Najbardziej nietuzinkowy pomysł na realizację spektaklu jaki kiedykolwiek pojawił się w Polsce. Bo kto by pomyślał, żeby historię Jezusa zamiast na scenie w teatrze grać w klubie i to jeszcze w trybie silent disco. Przez taki zabieg przedstawienie oparte na emocjach jest odbierane jeszcze bardziej intensywnie, bo przecież w słuchawkach odcinamy się od otoczenia i to co w nich słyszymy jest przeznaczone tylko dla nas. Spektakl, który z każdego miejsca jest inaczej odbierany, na inne rzeczy zwraca się uwagę, podczas którego można się poczuć pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń, tym tłumem, który chodzi za Jezusem i to robi piorunujące wrażenie.

Michał Kondyjowski – Drogi Evanie Hansenie

fot. J. Lulka

Oglądając przedstawienie po raz kolejny ma się wybranych w głowie jakiś tam faworytów w danej roli. Jednak po obejrzeniu jakiego Evana zaproponował Michał Kondyjowski wcześniejsi faworyci odeszli w odstawkę. Jego niezdecydowanie, wahania nawet w relacji z własną matką doskonale pasują do postaci. A ich kłótnie na długo zostają w pamięci, bo są przedstawione na takiej intensywności, że niemalże można dostrzec iskry, które się wtedy tworzą. Do tego doskonały wokalnie.



Natalia Krakowiak – Wicked

fot. K. Mańk
Zachwycić raz w wymagającej roli to dużo. Zachwycać aż trzy razy w tej roli i to za każdym razem jeszcze bardziej to już mistrzostwo świata. Natalia Krakowiak jest doskonałą Elfabą. Taką, która trafia od razu do serca. Której wykonania songów są tak dobre, że z niecierpliwością czeka się na następny utwór, aby zbierać szczękę z podłogi po raz kolejny. I chociaż wydaje się, że skoro widziało się już to wykonanie raz czy dwa razy i nic już nie zaskoczy to okazuje się, że można jeszcze bardziej, mocniej, że można pociągnąć jakąś inną emocjonalną strunę. Fenomenalna kreacja.


Księżna Chicago – Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury

fot. archiwum prywatne
Na spektakl przyszłam dla obsady (i może trochę dla charlstona). Wyszłam oczarowana warstwą wizualną. Fantastyczna scenografia powiększająca optycznie scenę sprawiająca, że akcja dzieje się na dwóch poziomach. Cudowne projekcje dopełniające obrazu. Wspaniała, zróżnicowana muzyka, bo mamy i trochę jazzu i trochę walca i solo na trąbce i solo na skrzypcach. Ale przede wszystkim wyszłam zakochana w historii, bo to nie jest takie klasyczne love story jak zdecydowana większość tych, które dzieją się w podobnych latach (lata 20. XX wieku). Tutaj to kobieta jest tą bardziej uprzywilejowaną, bogatszą, więcej od niej zależy, przynajmniej pozornie.


Anna Lasota – Księżna Chicago

fot. R. Latoszek
Błyszczeć na scenie trzeba umieć, a Ania Lasota po raz kolejny udowadnia, że ta sztuka nie jest jej obca. Jej Mary Lloyd jest entuzjastyczną, lekko szaloną dziewczyną, która jak przystało na amerykankę mówi z pięknym amerykańskim akcentem. Przerzuca się z tańca na taniec, a to charlstone, a to walc, a to stepowanie. Z niezwykłą gracją bawi widza, improwizuje, ale kiedy trzeba też potrafi emocjonalnie wcisnąć w fotel.

Maciej Maciejewski – Beetlejuice

fot. K. Bieliński

Wymagająca rola przede wszystkim ze względu na modulację głosu, ale również ze względu na interakcje z widownią. Na kreację tytułowej postaci musicalu Beetlejuice w wykonaniu Macieja Maciejewskiego patrzy się z przyjemnością, bo ma się odczucie jakby to wszystko przychodziło miło, lekko i naturalnie. Jakby był zagrany już setki razy. Genialny głosowo, ruchowo i aktorsko z dużą uważnością nawet na to co dzieje się na widowni, aby to odpowiednio skomentować.


Mamma mia – Teatr Muzyczny w Łodzi

fot. archiwum prywatne
Jest jak promyk słońca w zimny, deszczowy dzień. Przepiękne kostiumy, scenografia jak z filmu, energetyczne tańce, wyraziste postaci i dobrze znane hity Abby przy których aż nóżka sama chodzi. Energia płynąca ze sceny bardzo szybko wypełnia całą salę i przenosi się na widza. Na tym spektaklu nie sposób się nie uśmiechać. To wszystko sprawia, że na spektakl chce się wrócić już chwilę po opadnięciu kurtyny.



Maciej Podgórzak – Producenci

fot. Rzemieślnik światła

Zostałam kupiona przez Macieja Podgórzaka już od pierwszej sceny, w której pojawia się Leo Bloom. I nie wyszłam z zachwytu aż do ukłonów. Typowy księgowy z krwi i kości dodatkowo obarczony lękami, z którymi radzi sobie poprzez kocyk. Fenomenalny w każdym geście, sposobie mówienia, poruszania się, mimice. Bohater, któremu się kibicuje przez cały spektakl. Doskonale jest też odwzorowana przemiana Leo Blooma i jego rosnąca pewność siebie.


Projekcje do Dzikich Łabędzi – Karolina Jacewicz

fot. Karpati&Zaniewicz

Małe dzieła sztuki. Tak chyba najprościej można by było opisać projekcie autorstwa Karoliny Jacewicz do spektaklu Dzikie Łabędzie. Niemalże przenoszą widza w inny świat. Każda kolejna projekcja jest jak namalowany piękny obraz. Czy to wnętrze zamku czy to las czy przestworza. Spełniają taką rolę jaką w mojej ocenie powinny robić projekcje i ledy – dopełniają tradycyjną scenografię i budują ten magiczny świat.


Quo vadis – Teatr Muzyczny w Gdyni

fot. archiwum prywatne

Arcydzieło Wojciecha Kościelniaka. Spektakl kompletny, który w pewnym sensie zmusza do tego, aby przyjść zobaczyć jeszcze raz najlepiej z innej perspektywy, bo tyle się dzieje w tym samym czasie, że ma się poczucie, że coś się przegapiło. Dostajemy dobrze przemyślane postacie, ogromny zespół, który pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna i sprawia, że choreografia na tyle osób zaczyna być spektakularna. I chociaż mogłoby się wydawać, że spektakl jest w stanie zachwycić w takim stopniu tylko za pierwszym razem, gdy bierze widza z zaskoczenia, to nic bardziej mylnego. Przy kolejnym spotkaniu u mnie zachwyt był taki sam jeśli nie większy.


Scenografia do Quo vadis – Mariusz Napierała

fot. Rzemieślnik światła

Scenografia do Quo vadis autorstwa Mariusza Napierały zasługuje na osobne wyróżnienie. W czasach, gdy na scenie pojawia się coraz więcej ledowych ekranów tutaj dostajemy klasyczną scenografię w najlepszym wydaniu. Teatr Muzyczny w Gdyni po raz kolejny udowadnia jak w pełni wykorzystać dużą scenę. Dostajemy ogromne Koloseum, ciekawie przedstawionego lwa i mojego ulubieńca, czyli spektakularnego byka, co najmniej dwa razy większego niż aktorzy przebywający na scenie.


Karolina Trębacz – Mamma mia

fot. M. Matuszak

Królowa sceny. Fenomenalna Donna. Przyciąga wzrok w każdej scenie, w której się pojawia. Znakomicie gra emocjami. Genialna wokalnie. Połączenie piosenek Tak mi się wymyka a zaraz po niej Wygrany liczy zysk wduszają w fotel. Pierwsza z tych piosenek została mi w pewien sposób odczarowana. Po raz pierwszy tak naprawdę poczułam i doceniłam tę piosenkę.


W.a.s.o.w.s.k.i. Fotoplastykon

fot. archiwum prywatne
To jest niesamowite, ile można zaprezentować posługując się tylko głosem. Bo to właśnie głos sześciu wspaniałych artystów odgrywa pierwsze skrzypce. Nie ma tutaj instrumentów za którymi można by się schować, nie ma monumentalnej scenografii, która mogłaby odwrócić wzrok od artystów. Jest tylko śpiew na sześć głosów, uważność artystów na siebie, dźwięki, które może wydać własnym ciałem i talent.



Bonus: Nine – spektakl dyplomowy Akademii Muzycznej w Poznaniu

fot. archiwum prywatne
Spektakle dyplomowe rządzą się swoimi prawami dlatego podchodzę do nich z pewną rezerwą. W tym przypadku byłam bardzo pozytywnie zaskoczona przede wszystkim poziomem jaki reprezentowali Ci młodzi ludzie. Bardzo podobały mi się rozwiązania choreograficzne jak tango na czternaście kobiet i jednego mężczyznę czy przeskakiwanie Guida z łódki na łódkę (czy raczej z gondoli na gondolę) do kolejnych kobiet. Ciekawym zabiegiem było również oddzielenie zespołu od konkretnej postaci przez drobny atrybut jak kapelusz, welon czy okulary. 


    Podsumowując rok 2025 był intensywny, ale wypełniony cudownymi spektaklami i występami, które będzie się pamiętać dłuższy czas. To wysoko zawieszona poprzeczka dla roku 2026, ale patrząc na bilety, które czekają już w kolejce powinno być dobrze.

Komentarze