Rozdział 9
„Niech ktoś otworzy te okropne
drzwi”. Była to jedyna myśl, która krążyła jej po głowie. Już od dobrych pięciu
minut, ktoś próbował dostać się do pokoju. Didi tymczasem nie miała siły ani
chęci wstawać. Bolały ją ręce, nogi i głowa. W końcu otworzyła oczy. Błędnym
wzrokiem rozejrzała się po pomieszczeniu. Uświadomiła sobie, że znajduje się w
hotelu w Warszawie. Do tego przeszła wczoraj drugi etap konkursu. Wygląd pokoju
wskazywał na to, że świętowała ten fakt. Powoli podniosła się z kanapy i
poczłapała się do drzwi. A za nimi stał ktoś, kogo nie spodziewała się o tej
porze, ba, w ogóle się go nie spodziewała.
- No nareszcie – powiedział Marcin wkraczając do środka. – Przyniosłem
śniadanko.
Didi spojrzała na niego, potem na
siebie i się przeraziła. Przed nią stoi wyśniony mężczyzna, a ona w wymiętym
ubraniu i potargana.
Poprosiła chłopaka, aby usiadł, a
sama pobiegła do łazienki. Wyglądała tak, jak przypuszczała – jak czupiradło.
Każdy włos wygięty w inną stronę, na twarzy odcisk od poduszki oraz worki pod
oczami. W dodatku poprzedniego dnia zapomniała zmyć makijaż i teraz wokół oczu
miała ciemne kręgi. Szybko się umyła i ponownie umalowała, aby z uśmiechem wyjść
do ukochanego. Perkusista tymczasem przygotował jej śniadanie. Składało się ono
z jajecznicy i dwóch, lekko przypieczonych tostów. Przygotowana była także
ciepła herbata. Didi była wzruszona. Nikt nigdy nie zrobił jej takiej
niespodzianki. Nawet jej były narzeczony, z którym mieszkała przez dwa lata,
nie wpadł na taki pomysł. Czyn perkusisty sprawił, że zapomniała o bólu.
- Marcin, a co cię skłoniło do tego żebyś tu przyszedł o tak
wczesnej porze? – zapytała słodkim głosikiem.
- Wiesz… zrobiłem za dużo śniadania, to przyniosłem. A wy
przecież nie macie zapasów – odpowiedział z uśmiechem.
- Czyli przyszedłeś nas tylko dokarmić?
- Ależ oczywiście, że nie. Wiedziałem, że nie będziesz
pamiętała o tym, że o 9:00 losujesz, z kim i kiedy będziesz rywalizować o
finał.
Uśmiech z twarzy Didi natychmiast
zniknął. W jego miejscu pojawiło się przerażenie. Powiedziała tylko „o, kurczę”
i już jej nie było. Zostało jej niecałe pół godziny, a ona jeszcze nie
przygotowana.
-
A śniadanie? – zapytał Marcin z troską w głosie.
Dziewczyna tylko machnęła ręką i
dalej szukała w walizce odpowiedniego stroju. W tym czasie z drugiego pokoju
wyszła zaspana mocno Kinga – jedna z przyjaciółek przyszłej wokalistki.
- O? Śniadanko przyniosłeś?
- Weź sobie, Didi chyba nie ma czasu, aby je zjeść – i
posunął talerz w jej stronę.
Dziewczyna zaczęła jeść, co
chwilę chwaląc go za tak pyszny posiłek. Zaskoczyła ją natomiast jej własna
przyjaciółka. O tak wczesnej godzinie była na nogach, a w dodatku gotowa do
wyjścia. To się rzadko zdarzało, aby w dzień wolny od pracy wyciągnąć ją z domu
przed jedenastą.
- Dalej, dalej - Didi zwróciła się do mężczyzny. – Idziemy. Nie
chcesz chyba, żebym się spóźniła.
Dziewczyna wyszła. Marcin musiał
za nią biec, aby ją dogonić.
- Czekaj, czekaj – zawołał za nią. – Jestem samochodem,
możemy podjechać.
Podjechali pod budynek telewizji
dokładnie o 9:00. Didi wbiegła do środka. Marcin natomiast postanowił czekać na
dworze. Nie lubił w dzień wolny zbliżać się do swojego miejsca pracy. Minęło
pół godziny, odkąd dziewczyna zniknęła za drzwiami budynku. Perkusiście
znudziło się już siedzenie w samochodzie i wypatrywanie Didi. Zdecydował, że
przejdzie się po parku, który znajdował się w pobliżu.
Była prawie połowa grudnia, a
śnieg ledwo co przykrywał trawę. Było natomiast bardzo zimno. Temperatura
osiągała wartości znacznie poniżej zera. Ludzie opatulenie szalami, przemykali
ulicami, aby jak najszybciej znaleźć się w cieplejszym miejscu. Tylko Marcin
przechadzał się z nogi na nogę. Wyglądał jakby nic sobie nie robił z
siarczystego mrozu. Nareszcie Didi opuściła potężny wieżowiec. Z rozpiętym
płaszczem i szalem zwisającym bezwładnie z jej szyi podbiegła do mężczyzny. Z
uśmiechem na twarzy relacjonowała mu przebieg losowania. Marcin tymczasem z
matczyną troską ubierał ją jak małą dziewczynkę. Potakiwał głową, zawijając jej
szalik wokół szyi i zapinając płaszcz. Przerwał swą czynność dopiero, gdy
otrzymał wiadomość. Po jej odczytaniu na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
- … nagranie mam dopiero pod koniec stycznia, więc jutro
wracam do siebie. Może przyjadę tydzień wcześniej, jeszcze nie wiem. To może
dzisiaj oprowadzisz mnie po mieście, jak mi to kiedyś obiecałeś? – skończyła
swój wywód dziewczyna.
- Wiesz… głupio mi to mówić, ale muszę już lecieć. Nagła
sprawa. Podwieźć cię czy trafisz? – powiedział niepewnym głosem.
- Jedź, nie martw się o mnie.
Można było usłyszeć, że słowa
mężczyzny wyraźnie zbiły z tropu Didi. Chłopak tymczasem pobiegł do samochodu i
z piskiem opon wyjechał z parkingu. Krzyknął jeszcze, że jej to wszystko
wynagrodzi. Dionia jeszcze przez jakiś czas stała w parku. Po głowie krążyły
jej dwa słowa: „zostawił mnie”. Z drugiej strony sama przed sobą go tłumaczyła.
Coś ważnego mu wypadło, musiał jechać. Z bijącymi się myślami dotarła do
hotelu. Drzwi jej otworzyła wyraźnie zdziwiona Kinga.
- Już jesteś? Myślałam, że gdzieś jeszcze razem wyskoczycie.
- Też tak myślałam…
- Coś się stało?
Didi opisała koleżance całą
sytuację. Próbowała także za wszelką cenę ukryć łzy, które cisnęły jej się do
oczu. Cały dzień jednak starała zachowywać się normalnie mimo, iż w głowie
miała tysiące pytań. Zarządziła tylko, że jutro rano wyjeżdżają, żeby kierowcy
mogli się do tego przygotować do czekających ich podróży.
Z niecierpliwością czekała także
na wieczór. Codziennie bowiem o wyznaczonej godzinie ucinali sobie z Marcinem długie
pogawędki. Dzwonili do siebie na zmianę. Dzisiaj wypadała kolej mężczyzny. Już
pół godziny przed czasem zamknęła się w swoim pokoju z telefonem w ręce. Miała
nadzieję, że Marcin wyjaśni jej, dlaczego tak dzisiaj zniknął. Czas dłużył jej
się niemiłosiernie. Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Aż w końcu
ciche stukanie zegara obwieściło, że jest już 20:00. Telefon jednak milczał.
Dziewczyna czekała dalej. Dziesięć minut, piętnaście, trzydzieści. W końcu
stwierdziła, że może nie dzwoni z powodów finansowych. Sama wykręciła numer i
czekała, kiedy ukochany się odezwie. Czekała tak długo, aż włączyła się
automatyczna sekretarka. Nie zraziła się tym jednak i po kolejnym kwadransie
zadzwoniła ponownie. Sytuacja się powtórzyła. Nie było już sensu dłużej czekać.
Dziewczyna położyła się spać. W duchu jednak cały czas usprawiedliwiała
mężczyznę. Zasnęła z nadzieją, że jutro na pewno się do niej odezwie i wszystko
wytłumaczy.
Komentarze
Prześlij komentarz