Rozdział 10


 
„Jak ten grudzień szybko zleciał” pomyślała Didi patrząc w kalendarz. „Już sylwester”. Dziewczyna jednak nie miała szampańskiego nastroju. Czuła się odrzucona i urażona. Marcin nie odezwał się do niej od tamtego nieszczęsnego wypadku w parku. W sumie to nie miała nawet zamiaru jechać na kolejny etap konkursu do Warszawy. Wiedziała, że on tam będzie. A nie miała ochoty go widzieć. Co więcej chciała o nim jak najszybciej zapomnieć. Tematu konkursu unikała jak ognia. Gdy ktoś próbował zapytać ją o ostatni etap lub przygotowania do następnego, natychmiast zmieniała temat.

Sylwester był dla niej kolejnym dniem, który chciała, aby jak najszybciej się skończył. Nie planowała iść na żadną imprezę, choć znajomi przedstawili jej setki propozycji. Nie była w nastroju na tańce ani na zabawę. Jeszcze nie teraz. Wieczór, więc zapowiadał się znowu monotonny i smutny.

Dochodziła godzina dziewiąta. Didi tak jak przez cały miesiąc siedziała przed telewizorem i obojętnie przerzucała kanały. Tym razem zatrzymała się na transmisji koncertu, który został zorganizowany w Poznaniu. Wsłuchując się w dźwięki dochodzące z czarnego pudełka schowała twarz w poduszkę. Nagle rozległo się pukanie.

- Nigdzie nie idę! Zostawcie mnie w spokoju! – krzyknęła nawet nie sprawdzając kto stoi za drzwiami.

Pukanie nie ustawało przez dobre pół godziny. Przerywane było tylko okrzykami: „Didi, otwórz, wiem, że tam jesteś”. Nareszcie cisza. Dziewczyna odetchnęła w duchu, że w końcu dali jej spokój. Mogła się dalej wsłuchiwać w smutną piosenkę, która akurat leciała w telewizji. Nie na długo jednak. Nagle za oknem ktoś zaczął śpiewać:

Już godzinę moknę, tu pod twoim oknem,

Z góry na mnie pada śnieg.

Śpiewam serenadę, usta mam pobladłe

Czy ty miła o tym wiesz, że ja…

Przyjechałem wprost z stolicy, znalazłem cię w okolicy

By wytłumaczyć tobie, dziś

Czemu wyjechałem i się nie odzywałem

Tylko Didi wpuść mnie już.

Ręce mi zsiniały, z ust mi leci para,

Ja zamarznę tutaj zaraz

Lecz z miejsca się nie ruszę, prośby mnie nie zmuszą,

Póki nie wybaczysz mi.

Didi podniosła głowę z poduszki i wsłuchiwała się w słowa serenady. Uświadomiła sobie, że to śpiewa Marcin i postanowiła wyjrzeć przez okno.

Rzeczywiście pod oknem stał ten właśnie mężczyzna. Gdy ujrzał dziewczynę umilkł. Wpatrywał się w nią czekając na choć jedno słowo z jej ust.

- Co ty tutaj robisz? – zapytała nie zdradzając radości jaka jej właśnie napłynęła do serca.

- Przyszedłem wytłumaczyć ci, co się stało ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy. Może porozmawiamy w środku, bo tu jest trochę zimno?

- Ale ja nie jestem pewna, czy chcę z tobą rozmawiać.

- A jak cię ładnie poproszę?

- Nie wiem, czy to coś zmieni.

Wtedy mężczyzna padł na kolana i zaczął śpiewać: „Wybacz, wybacz proszę…”  z repertuaru DKA i wyciągnął z plecaka prezent zapakowany w świąteczny papier. Okazało się także, że nie tylko Dionia słuchała mężczyzny. W oknach i na balkonach stało przynajmniej piętnaście osób. Wszyscy próbowali nakłonić dziewczynę, aby wpuściła nieszczęśnika do domu. Didi uległa i zaprosiła Marcina do środka. Uradowany mężczyzna w mgnieniu oka znalazł się pod drzwiami.

- Ściągaj spodnie – powiedziała, gdy perkusista zdjął już kurtkę.

- Ale… to znaczy, że mi wybaczyłaś?

- To się jeszcze okaże. Zależy jakie masz wytłumaczenie.

- Ale po co ci moje spodnie?

- Żebyś się nie przeziębił. Wysuszę ci je. Bo kto mądry klęczy w śniegu?

- Tylko zakochani.

Dziewczyna wyjęła z szafy jeansy i rzuciła mu je. Mężczyzna przyjrzał im się uważnie i zapytał:

- Twoje?

- Nie, mojego narzeczonego.

Chłopak spojrzał na nią znacząco.

- Ex narzeczonego – dodała z uśmiechem.

Mężczyzna zaczął się tłumaczyć, popijając ciepłą herbatkę. Jego babcia choruje na Alzhaimera. Jest pod opieką syna i synowej. Tamtego pamiętnego dnia, jednak kobieta niepostrzeżenie wymknęła się z mieszkania. W dodatku nie założyła nawet swojego płaszcza, a na dworze był mróz. Do tego jeszcze jej opiekunowie tego dnia wylatywali do Stanów, do syna. W tym czasie matką miał się zajmować drugi z synów i tym samym ojciec Marcina. Podczas „ucieczki” natomiast był jeszcze w pracy i nie mógł się zwolnić. Zatem jedyną osobą, która mogła pomóc był Marcin. W dodatku jako jedyny posiadał samochód, ponieważ wóz wujostwa, jak na złość znajdował się w warsztacie. Dlatego, gdy dostał wiadomość, że babcia błąka się po mieści bez płaszcza, musiał natychmiast jechać. Nie miał nawet czasu na tłumaczenia. Znalazł co prawda kobietę dosyć szybko. Chciała wsiąść do pociągu, aby odwiedzić swoją kuzynkę, która nota bene nie żyła już od trzech lat. Marcin przekonywał kobietę dosyć długo, nim zdecydowała się wracać z nim do domu. Później musiał odwieść wujostwo na lotnisko, pomóc ojcu przy babci i kiedy się zorientował dochodziła już północ. Postanowił, że zadzwoni następnego dnia. Jednak ta sztuka mu się nie udała, ponieważ babcia znowu szalała. Tym razem uważała, że nie może być w tym domu, że to nie jest jej dom. Razem z ojcem mieli pełne ręce roboty. Kiedy jednak chciał zadzwonić dwa dni później już nie mógł się dodzwonić. Próbował codziennie po parę razy dziennie. Bezskutecznie. W końcu postanowił przyjechać i osobiście się wytłumaczyć i przeprosić, że zostawił ją bez jednego chociażby słowa wymówki.

Gdy skończył mówić na twarzy dziewczyny w końcu zagościł uśmiech. A w oczach pojawiły się charakterystyczne dla niej błyski. Był to wyraźny znak dla mężczyzny, że Didi mu wybaczyła.

- Słuchaj, nurtuje mnie jeszcze tylko jedno pytanie – powiedział mężczyzna. – Dlaczego nie mogłem się do ciebie dodzwonić?

- Bo jak nie zadzwoniłeś drugiego dnia to rzuciłam telefonem o ścianę, a nie miałam potem głowy do tego, aby kupić sobie nowy.

To powiedziawszy wskazała na kąt swojego pokoju, gdzie nadal leżały szczątki telefonu.

Dalszą część wieczoru spędzili na rozmowie, przez co więcej dowiedzieli się o sobie. Było to bowiem dopiero ich trzecie spotkanie. Gdy już we dwoje mieli świętować nadejście Nowego Roku dobiegł ich hałas zza okna. Były śmiechy, jakieś śpiewy, trzaski pierwszych petard. Dziewczyna wyjrzała przez okno. Przed jej blokiem stała grupa ludzi z kieliszkami pełnymi szampana. W dodatku to nie byli wcale obcy ludzie, tylko jej sąsiedzi! „Zapraszamy do nas” zawołał ktoś z dołu. Na osiedlu, na którym mieszkała Dionia była bowiem taka tradycja, że o północy wszyscy się zbierali, aby choć przez chwilę świętować razem Nowy Rok. Didi co roku o tej porze bywała w jakiś pubach razem ze swoimi przyjaciółmi. Nic więc nie wiedziała o lokalnej tradycji.

Razem z Marcinem zeszli na dół. Zdążyli w ostatniej chwili. Już wszyscy odliczali ostatnie sekundy. Trzy… dwa… jeden… krzyczeli razem z całą grupą. Stuknęli się kieliszkami ze sobą i wszystkimi wokoło, aby w końcu zamoczyć usta w jasnym napoju. Nagle ze wszystkich stron zaczęły wybuchać fajerwerki oświetlając twarze zebranych pełną gamą barw.

 Didi spojrzała na mężczyznę. Chciała mu złożyć życzenia noworoczne, ale słowa niknęły w tym całym hałasie. Patrzyła, więc tylko na niego uśmiechnięta. Marcin natomiast miał inny pomysł, aby pokazać dziewczynie, że dobrze jej życzy. Objął ją i delikatnie dotknął wargami jej ust. Nie był pewny, czy Dionia, go nie odepchnie. Przecież przed chwilą jeszcze nie chciała z nim rozmawiać. Udało mu się jednak i stali połączeni miłosnym pocałunkiem nie zważając na towarzyszące im osoby.


Komentarze